BLOG ZONE

Piwna Rewolucja (Toto)

Piwna Rewolucja

 

 

„Piwna rewolucja” po polsku
’ toto’ - kwiecień 2013

 

Zaledwie parę lat temu polski rynek piwny był niesłychanie ubogi w browary, smaki i gatunki piwa (nie mylić z markami piwa - tych było aż nadto). To, co zaczyna się dziać obecnie, określane jest niekiedy jako „piwna rewolucja”.

 

Sam termin jest oczywiście chwytem marketingowym. Na szerszą skalę spopularyzowany został przez szkocki browar BrewDog, który oprócz warzenia dobrych piw zasłynął również niekonwencjonalnymi akcjami reklamowymi, dobrze sprzedającymi się medialnie. Na polskim gruncie naśladowcami tej estetyki są ludzie z kontraktowego (na razie) AleBrowaru.

 

Ale piwna rewolucja to oczywiście nie działania marketingowe. Prawdziwa piwna rewolucja dokonała się kilkadziesiąt lat temu w USA, gdzie rozwinęło się piwowarstwo domowe, powstały setki browarów rzemieślniczych, przełamany został monopol wielkich koncernów, zaczęto warzyć nowe style piwa, reaktywowano stare, tradycyjne gatunki oraz wyhodowano dziesiątki nowych odmian chmielu o niespotykanych dotychczas cechach. Zjawiska te rozlały się na wiele krajów, różnicując i wzbogacając rynek piwny.

 

Na tak rozumianą rewolucję nałożyło się zjawisko obrony tradycyjnych gatunków piwnych, szczególnie silne w Wielkiej Brytanii (CAMRA). Tutaj można to nazwać kontrrewolucją, przywracającą anglosaskie tradycje warzenia, podawania i spożywania piwa. Obydwa te zjawiska miały jednak wspólną przyczynę. Była nią opozycja przeciwko unifikacji i masowej produkcji nieciekawych smakowo piw. Obydwa te trendy świetnie się zresztą uzupełniają, prowadząc do zróżnicowania oferty piwnej, cieszącego każdego konsumenta poszukującego ciekawych smaków.

 

Czym jest natomiast „piwna rewolucja” w Polsce?

 

Zacznijmy od początku, czyli ujmijmy rzecz historycznie, poczynając od przemian ustrojowych w 1989 roku. Polska wkroczyła w wolny rynek posiadając 80 browarów. Były to w większości browary średniej wielkości, obsługujące głównie rynek lokalny. Pod względem wielkości produkcji browarów i asortymentu przypominało to model czeski, z tym że jakość piwa i kultura piwna były na znacznie niższym poziomie. Dużo browarów było przestarzałych, a piwo w wielu wypadkach było podłej jakości.

 

Produkowano niemal wyłącznie jasne lagery o zróżnicowanej mocy, z niewielką domieszką ciemnych lagerów i porterów bałtyckich. Rynek był bardzo rozdrobniony, a wiele marek piwa należało do lokalnych rozlewni. Na fali przemian ustrojowych od 1991 roku powstało ponadto 40 małych lub średnich, prywatnych browarów. W latach 1993-1995 działało więc w Polsce ponad 100 browarów przemysłowych jednocześnie!

 

Obecnie jest ich raptem 45 (plus browary restauracyjne). Małe browary (z nielicznymi wyjątkami jak Regina czy Drozdowo) produkowały w tych czasach jednak to samo, co w większych zakładach. Dość szybko rozpoczął się proces konsolidacji branży. Międzynarodowe korporacje zaczęły wykupywać co większe browary lub ich grupy, zamykając wszystkie mniej rentowne zakłady i koncentrując produkcję w największych browarach. Część małych browarów, w których nikt nie miał pomysłu na ciekawe piwo i które konkurowały tylko niską ceną - upadła samoistnie. W efekcie tego z osiemdziesięciu „starych” browarów, istniejących przed 1989 rokiem, zostało dzisiaj 27 (33,75%). Z 40 „nowych”, uruchomionych do 2005 roku włącznie - jedynie 18 (45 %) jest czynnych nadal.

 

Początek XXI wieku był więc w Polsce okresem drastycznego ograniczenia liczby browarów i skrajnie niskiego zróżnicowania dostępnego piwa. Na rynku królowały jasne, mało charakterystyczne lagery, często smakujące u różnych producentów bardzo podobnie. Niemal w zaniku był sztandarowy produkt polskiego piwowarstwa - porter bałtycki. Jednocześnie jednak gwałtownie wzrastała produkcja i spożycie piwa w Polsce, do czego przyczyniały się kampanie reklamowe największych koncernów. Piwo stało się produktem lepiej postrzeganym.

 

Od paru lat zachodzą u nas jednak spore zmiany na rynku piwa. Oczywiście pozycja koncernów jest niezagrożona, ale zahamowany został trend do zamykania browarów. Powstało już ponad 30 browarów restauracyjnych, z których część sprzedaje nadwyżki produkcji również w piwnych sklepach specjalistycznych. Niektóre z nich nawiązały współpracę z piwowarami domowymi. Od 2011 r. zaczęły powstawać browary kontraktowe (Pinta, AleBrowar), warzące ciekawe, nietypowe i różnorodne piwa w wynajętych zakładach. Pasjonaci piwa i piwowarzy domowi zaczynają zakładać małe browarki, często oparte na sprzęcie własnej produkcji. Pierwszym tego przykładem jest podwarszawski Artezan, ale na 2013 rok zapowiedziane jest otwarcie kilku kolejnych.

 

Zwiększyło się bardzo wyraźnie zróżnicowanie piwa obecnego na rynku. Owszem, jest to też przejaw globalizacji (produkuje się style angielskie, amerykańskie, belgijskie), ale jakże przyjemny dla konsumenta. Zwiększyła się podaż ejli, piw pszenicznych, piw klasztornych. Pojawiają się nawet takie niszowe produkty jak fińskie sahti (Koniec Świata z Pinty).

 

„Piwną rewolucję” w Polsce można więc określić jako wyraźne zwiększenie ilości produkowanych stylów piwnych oraz zwiększenie ilości browarów i konkurencji między nimi. Jako takie jest to dla konsumentów zjawisko bardzo pożądane. Niestety, „piwna rewolucja” w Polsce zdążyła dorobić się już kilku poważnych plam na wizerunku.

 

Jedną z pierwotnych przyczyn nieprawidłowości na polskim rynku piwa jest bardzo skomplikowana i czasochłonna procedura zakładania browaru w Polsce, czyli kiepski stan naszego sytemu prawnego. Zapotrzebowanie na dobre polskie piwo pojawiło się dużo wcześniej, zanim zaczęły powstawać browary kontraktowe czy rzemieślnicze, prowadzone przez znawców czy pasjonatów (raptem 2 lata temu). W związku z tym za produkcję piw niszowych wzięli się ludzie, którzy potrafili od biedy uwarzyć lagera, ale na nic więcej nie pozwalała im wiedza i umiejętności.

 

Pierwszą „twarzą” raczkującej rewolucji piwnej stały się na skutek tego aromatyzowane lagery, bo najłatwiej było do produkowanego na co dzień jasnego lagera dodać przed butelkowaniem dowolny aromat „identyczny z naturalnym” i otrzymać całą gamę nowych piw. Powstawały (i powstają) piwa grejpfrutowe, malinowe, jagodowe, a nawet z pomelo i z czosnkiem. Hitem stały się zaś ohydne „piwa miodowe”, otrzymywane przez dodanie przy rozlewie sztucznego miodu. Z prawdziwą sztuką piwowarską nie ma to (z kilkoma wyjątkami) nic wspólnego.

 

Drugim mitem, który wypłynął przy okazji początków „rewolucji” jest historia „piw niepasteryzowanych”. Moda na nie została wykreowana przez browar Ciechan. Oczywiście nie ma nic złego w produkcji i sprzedaży świeżych piw o krótkim terminie trwałości (choć niekoniecznie trzeba robić z tego fetysz). Po sukcesie Ciechana Wybornego na segment piw niepasteryzowanych rzucili się jednak wszyscy, łącznie z największymi. Zaczęło dochodzić do licznych nadużyć, jako niepasteryzowane zaczęto sprzedawać wersje pasteryzowane piw. Po pewnym czasie okazało się, że wiele z piw „niepasteryzowanych” zachowuje trwałość przez wiele miesięcy na skutek mikrofiltracji, która jeszcze skuteczniej niż pasteryzacja usuwa część wartościowych składników z piwa i zwiększa jego trwałość. Czyli znów: miało być dobrze, a wyszło jak zawsze.

 

Dodawanie sztucznych aromatów i oszustwa przy (nie-)pasteryzacji to jednak nie wszystkie grzeszki browarów. Należy wymienić tu również świadomą sprzedaż piw zepsutych (skwaśniałych), połączoną z wmawianiem, że świeże piwa tak mają smakować. W procederze tym specjalizują się dwa małe browarki, prowadzące sprzedaż głównie na lokalnych festynach i targach żywności. Podobnym zjawiskiem jest sprzedaż nieudanych warek piwa w bardzo wysokich cenach, wykorzystująca wielki popyt na dobre piwo w sklepach i lokalach specjalistycznych.

 

Inne podmioty nadużywają z kolei terminów „browar kontraktowy” czy „browar rzemieślniczy” sprzedając zwykłe, nie zawsze udane produkty. Podobnym zjawiskiem jest przedstawianie się w reklamach wielkich producentów jako małe browary. Wymienić należy również powstawanie pseudo-browarów, które niczego nie produkują, tylko zamawiają piwo innego producenta, oklejają własną etykietą i sprzedają pod własną marką jako „tradycyjne” czy „rzemieślnicze”. Niektórzy co bardziej bezczelni wraz z etykietą dorysowują sobie medale z wymyślonych konkursów.

 

Dość jednak tego narzekania. Trzeba mieć nadzieję, że szybki wzrost konkurencji wymusi zaniechanie opisanych powyżej negatywnych praktyk i pozwoli traktować te incydenty jako „chorobę wieku dziecięcego” powstającego rynku piw dla smakoszy i fascynatów piwa. Może po prostu piwna rewolucja to trudna droga do normalności?


 

 

O autorze: ’ toto’ regularnie pisuje na popularnych piwnych blogach i od wielu lat interesuje się piwem i rynkiem piwa w Polsce.

 



made by Inventcom | BEERPUBS.PL © Copyright 2012 - 2016